Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

bezkaloriia

Kliknij w nutki aby dowiedzieć się co nowego o mnie w mediach.


Z ŻYCIA AUTORA

Od kiedy pamiętam, zawsze byłem grubasem. W szkole podstawowej trenowałem pływanie (największe moje obciążenie to dwa razy dwie godziny dziennie basen i jedna godzina w sali gimnastycznej). Ilość zużywanej energii była wtedy ogromna, a mimo to byłem gruby. Doznałem kontuzji, zwolniono mnie z treningów na długo – przytyłem 6 kg w 2 miesiące (z 66 na 72 kg przy wzroście 160 cm!).

Tragedia.

Mama zamykała przede mną lodówkę, gotowała zdrowo (czytała dużo książek o dietach, zaczęła stosować wegetarianizm), ograniczała mi posiłki, a ja po drodze na podwórko i tak robiłem swoje: wpadałem do kolegów na „małe co nieco”.

Na studiach stosowałem preparaty typu „wypychacze żołądka”, bez większego efektu: 5 kg w dół i 7 kg do góry. Wtedy zacząłem się interesować dietami, już na serio. Ponieważ dziadek chorował na cukrzycę, zainteresowałem się też i tą chorobą. Przypomniałem sobie dietę dziadka. Byłem zaskoczony, że zlecano mu sporą ilość węglowodanów - przecież cukrzyca polega na złej tolerancji węglowodanów. Zapytałem o to mojego lekarza akademickiego, ale powiedział, że jestem niedouczony i kazał mi czytać rozdział o leczeniu cukrzycy tak długo, aż zrozumiem. Nauczyłem się na pamięć, ale nie zrozumiałem. Przeczytałem w książeczkach rozdziały o odchudzaniu i zastosowałem dietę 1000 kcal. Schudłem 16 kg w 16 tygodni.

Fajnie!

W trakcie odchudzania nie byłem w stanie jeść co 2–3 godziny (jest to bardzo ważny warunek diety ubogokalorycznej), czułem się bardzo osłabiony, miałem typowe objawy niedocukrzenia, przestałem chodzić na basen. Po kuracji odchudzającej zacząłem znowu pływać, ale wyniki, nawet w sprincie, były fatalne (dystans 50 m kraulem przepłynąłem dużo wolniej niż przed odchudzaniem). Wydawało mi się, że jak będę lżejszy, to będę szybciej pływał. Nie wziąłem pod uwagę tego, że oprócz tłuszczu traci się również mięśnie (w obwodach klatki piersiowej i brzucha ubyło mi równo po 10 cm). Następnie przez pięć miesięcy stopniowo zwiększałem ilość spożywanych kalorii, wtedy czułem się trochę lepiej. Doszedłem do 2200 kcal dziennie (chodziłem wtedy cztery razy w tygodniu po jednej godzinie na basen). Przez kolejnych pięć miesięcy przytyłem 20 kg – wtedy ważyłem 105 kg, przy wzroście 176 cm. Byłem tak gruby, że nie mogłem nawet spokojnie związać butów (BMI – 34 kg/m2)!

Tragedia!

Tyle pracy i nic z tego nie zostało, ba, było nawet więcej. Stwierdziłem, że to koniec odchudzania, zawsze będę gruby, nikogo już się nie posłucham w sprawie diety, tak jestem skonstruowany genetycznie i już! Tylko trochę głupio mówić pacjentom, że mają zrzucić 20 kg, bo są lub będą ciężko chorzy, samemu mając nadwagę około 25 kg (wciąż jestem solidnie zbudowany).

Pewnego dnia, jesienią 1996r, siedziałem wygodnie w fotelu przed telewizorem. Coś mnie bardzo zainteresowało, więc pochyliłem się, aby przybliżyć głowę do ekranu. Nagle poczułem, że coś siada na moich kolanach, a przecież nie miałem żadnego zwierzęcia w mieszkaniu. Patrzę w dół, a to... mój brzuch! Przeraził mnie swoja wielkością. Dopiero z tej perspektywy zauważyłem jego ogrom.

Kilka dni później przyszedł do mnie pacjent, bardzo otyły, i poprosił mnie, abym poprowadził go na diecie ubogowęglowodanowej. Twierdził, że próbował już wszystkich diet świata. Po każdym odchudzeniu nie był wstanie utrzymać wagi. Za każdym razem efekt jojo przewyższał to, co udało mu się zrzucić. Sięgnąłem do książek z okresu studiów (biochemia, fizjologia, farmakologia, pediatria) oraz do moich notatek z wykładów. Przeczytałem wiele książek opisujących diety zalecane przez lekarzy, diety o wątpliwym działaniu, przeczytałem też o dietach naszych przodków oraz o dietach kontrowersyjnych, aby zrozumieć każdą z nich. I wtedy zrozumiałem, dlaczego znaczna część pacjentów ma problemy z odchudzaniem. Postanowiłem wypróbować dietę na sobie i na pacjencie, z jego świadomą zgodą. Efekty były zaskakujące... Stężenia tłuszczów we krwi wróciły do normy. Schudłem 16 kg w 16 tygodni (jak poprzednio), ale w ogóle nie byłem głodny jedząc trzy posiłki dziennie. Obwód klatki piersiowej zmniejszył się tylko o 4 cm, a brzucha aż o 15 cm!

Potem przyszło wielu innych bardzo otyłych pacjentów z taką samą prośbą. Uprzedziłem ich, że dieta nie jest jeszcze dokładnie przebadana przez naukowców, i że robię to tylko na ich wyraźną prośbę. Efekty były podobne. Większość schudła bez szczególnych wyrzeczeń, za to z dobrym rezultatem. Część pacjentów miała już początki cukrzycy oraz poważne zaburzenia gospodarki tłuszczowej. Po kilku miesiącach stężenia glukozy, cholesterolu i trójglicerydów wróciły do normy.

Większość pacjentów stosuje ten sposób odżywiania do dziś i czuje się dobrze.

Każda dieta powinna mieć jakąś nazwę. Zastanawiam się, jak tę dietę nazwać? Może: „Dieta stara jak świat”? Albo „Dieta izowęglowodanowa”? A może „Dieta fizjologiczna” – nie, kojarzy się ze sławojką. Albo też: „Dieta życiowa”? Może też „ludzka” dieta? Albo po prostu: „Dieta bez wyrzeczeń”?

Strona domowa Szukaj Kontakt Wydawnictwo Zdrowy styl Otyłość Strona domowa mail link up